Studnia bez wody

Studnia bez wody

To miejsce jest ukryte wśród starych drzew i choć leży tylko kilkadziesiąt metrów od polnej drogi, dość trudno je znaleźć. Studnia leży u podstawy ruin, które w czasie wojny były siedzibą wielkiego gospodarstwa. Dziś w tym miejscu jest tylko sterta zarastającego samosiejką gruzu i piękne, stare piwnice. Te zresztą także zachowały się tylko w części, a to co przetrwało jest systematycznie niszczone.

To miejsce już od wielu lat przyciąga poszukiwaczy skarbów, szczególnie tych, którzy wiedzą, że gdzieś w okolicy, przed kilku laty, ktoś dotarł do wielkiego i bogatego schowka zwanego „szczeliną”. Tego, z którego wyciągnięto m.in. niezwykle cenne jaja Faberge’go. Zapewne dlatego ta okolica jest ciągle intensywne penetrowana, a mury piwnic dawnego domu mieszkalnego ciągle przekuwane na wylot w poszukiwaniu ukrytego przejścia.

Piwnice w jednym z budynków (dawny folwark w Przeździedzy)

Szczególną tajemnicę tego miejsca stanowią studnie, których na małym obszarze doliczono się aż czterech. Dwie z nich są bezpowrotnie zawalone skalnym gruzem w taki sposób, że ich odsłonięcie byłoby bardzo kosztowne. Do jednej, po usunięciu wielkich głazów, dałoby się chyba z pewnym trudem wejść. Zaś druga z nich jest ciągle otwarta i dobrze zachowana. Ukryta niegdyś tuż pod murem istniejącego tu domu, na całej długości zachowała kamienne obmurowanie, w doskonałym zresztą stanie. Kilka lat temu z tej właśnie studni wyciągnięto dwa niemieckie motocykle, rozłożone na części i w całkiem dobrym stanie. Nie ma w tym nic dziwnego, bo choć studnia ma obecnie ponad 16 metrów głębokości jest nie tylko zupełnie sucha, ale i w jakiś sposób przewietrzana…

Znikające dowództwo

Poszukiwacze „skarbów” stowarzyszeni w TALPIE i jej prezes, M. Bojko, o istnieniu studni bez dna w okolicach Przeździedzy słyszeli już dawno temu. M. Bojko przyznaje, że ustalenie dokładnej lokalizacji studni zajęło mu dłuższy czas. Informacje bowiem, które zdobył, były dość dokładne, tyle że wymagały przeszukania kilku stoków w okolicach Przeździedzy i Marczowa. Ale nie żałuje pozornie straconego czasu, bo dzięki rozmowom z wieloma ludźmi udało się zdobyć kilka ważnych informacji o tym, co się działo tu pod koniec wojny. Z historycznych bowiem danych wiadomo tylko, że ten teren był zajęty w zasadzie jedynie przez niemieckie wojska osłonowe i nie doszło tutaj do znaczących bitew. Mimo tego wojska, które zajmowało się nie całkiem militarnymi zadaniami, do końca wojny było tu sporo.

Gerhard Knabe, podoficer niemieckiego 52. Korpusu, po 1957 roku wielokrotnie przyjeżdżający w te okolice opowiadał, że na wschód od Marczowa, w górach, mieściło się niemieckie dowództwo. Jego uwagę już w zimie 1944 roku zwróciło to, że niektórzy oficerowie sztabu każdego niemal dnia znikali w lesie na wschód od Marczowa, a wracając niemal zawsze nadchodzili od strony Przeździedzy, z drugiej strony Bobru. Po kilku tygodniach pobytu w tej okolicy wiedział już, że teren ten jest jak kretowisko, w którym ludzie od kilkuset lat poszukiwali złota i minerałów. Łatwo więc domyślił się, że siedzibą sztabu musi być jakaś stara kopalnia.

Knabe wspominał, że kiedyś, przy piwie, zapytał jednak innego żołnierza, swojego kolegę, jak to się dzieje, że sztabowcy znikają w Marczowie, a wracają jakby z Przeździedzy. Najbardziej bowiem fascynowało go to, że oficerowie wracali zza Bobru, ale przecież nie szli tam przez most. Pamięta, że jego pytanie wywołało wręcz popłoch u kolegi podoficera, który często pełnił służbę gdzieś w Przeździedzy, właśnie po drugiej stronie Bobru. Knabe wtedy dowiedział się tylko tyle, że niektórzy oficerowie znikający w Marczowie, w Przeździedzy pojawiają się na stoku nad wsią, dosłownie spod ziemi. Wychodzą bowiem wprost… ze studni.

Knabe jeszcze w latach siedemdziesiątych opowiadał, że zanim odjechał w styczniu 1945 roku na front, jeden z żołnierzy powiedział mu, że gdzieś w okolicy, w wielkich podziemiach mieści się nie tylko sztab, ale i wielkie magazyny broni, amunicji i innego, wojennego sprzętu. Już po wojnie, w czasie jednego ze spotkań wojennych kolegów, dowiedział się także, że po jego wyjeździe na front, na stacji w Marczowie zaczęły nadchodzić silnie strzeżone, często pojedyncze wagony, których rozładunek był otoczony ścisłą tajemnicą. Co było w tych wagonach podobno nie wiedział nikt.

Knabe, który ostatni raz był w Marczowie i Przeździedzy w 1988 roku, nie ukrywał, że jego leśne spacery miały tylko jeden cel. Były próbą odtworzenia topografii tego terenu sprzed lat i znalezienia wejścia do sztabowych podziemi. Świadek, który rozmawiał z Knabem w 1988 roku twierdzi, że ten żadnego wejścia nigdy nie odnalazł. Podobno wspomniał jednak, że zlokalizował studnię bez wody, która pasowała do opowiadań o miejscu, w którym wychodzili oficerowie sztabu. Niemiec ten zapowiadał, że wróci i kiedyś do niej wejdzie. Jednak od ponad 11 lat nikt go już w Marczowie nie spotkał.

Wejście do studni (dawny folwark w Przeździedzy)

Wojenni kochankowie

Henryk S. pochodzi z Tarnowa. Na roboty do Niemiec został wywieziony jesienią 1943 roku. Trafił do pracy dość szczęśliwie, w dużym i zasobnym gospodarstwie rolnym w Marczowie. Jego bauer, choć oficjalnie był niezwykle srogi i wielokrotnie bił swoich niewolników, w istocie jednak nikomu nie uczynił krzywdy. Co więcej, gdy Henryk S. zaczął się jesienią 1944 roku spotykać z młodą dziewczyną, Niemką z sąsiedztwa, jedynie ostrzegał ich, że to się „kiedyś źle skończy”. Dziewczyna zaś twierdziła, że są bezpieczni, bo dobrze zna pewnego oficera SS, syna najbogatszego w tej okolicy Niemca, mieszkającego w Przeździedzy. Jej pewność siebie graniczyła wręcz z zuchwałością.

Henryk S. doskonale wiedział, co za wzajemną miłość grozi jemu i jego niemieckiej dziewczynie. Starał się być ostrożny. Ale nie miał wyjścia, tym związkiem rządziła dziewczyna. Była z tej wsi, znała ludzi.

Do nieszczęścia doszło wczesną wiosną 1945 roku. Pod koniec marca Niemcy zarządzili ewakuację wielu domów w Marczowie i kilkunastu rodzin z Przeździedzy, zmuszając mieszkańców do wyjazdu. Ci, którzy mieli w okolicy krewnych, mieli się wynieść do nich, a reszcie zagwarantowano mieszkanie w jednej z okolicznych szkół. Władze zapowiedziały, że o ich dalszym losie powiadomią wysiedlonych za kilka dni. Henryk S. o wysiedleniach dowiedział się od dziewczyny. Od niej także wiedział, że Rosjanie są już pod Wrocławiem. Postanowił zaczekać, licząc na to, że właśnie nadchodzi front i wyzwolenie. Wraz z nim w ogromnej, bauerskiej stodole, w schowku za magazynem zboża, postanowiła zostać także dziewczyna. Ukryci przetrwali noc. Rano, gdy okazało się, że wieś jest zupełnie pusta, a z okienka na poddaszu nie widać żadnych żołnierzy, dziewczyna postanowiła pójść do swojego domu po więcej ubrań i po zapasy żywności. Dla bezpieczeństwa miała iść sobie tylko znanymi opłotkami rodzinnej wsi. Strzały padły w kilka chwil po wyjściu dziewczyny. Henryk S. z okienka na poddaszu zobaczył, jak kilkaset metrów dalej dziewczyna leży na drodze, otoczona przez żołnierzy. Nie mógł zrobić dosłownie nic. Mógł liczyć jedynie na to, że zastrzelono ją zanim powiedziała, że nie była sama.

Transporty

Z okienka na poddaszu Henryk S. widział fragment stacji kolejowej w Marczowie i tory, na których co jakiś czas podstawiano nowe wagony. Świadek ów opowiada, że zauważył, iż na stacje podjeżdżają ciężarówki w eskorcie motocyklistów. To go zainteresowało i wyjaśniało zarazem powody ewakuacji wsi. Choć odległość od stacji była spora, zauważył, że z wagonów coś jest ładowane na ciężarówki, które pod eskortą wyjeżdżają w stronę Przeździedzy. Henryk S. opowiada, że zorientował się, iż ciężarówki znikają gdzieś w okolicy gospodarstwa należącego do ojca SS-mana , znajomego jego dziewczyny. Świadek twierdzi też, że właśnie wtedy skojarzył obecność tego człowieka w domu, z wyładunkiem i przewożeniem transportów.

Henryk S. zmarł kilka lat temu we Wrocławiu. Jak twierdził, po wojnie już nigdy nie był w tej okolicy, ale M. Bojko opowiada, że jednak doskonale pamięta topografię terenu i lokalizację aż trzech z czterech ustalonych dotychczas studni. Człowiek ów twierdził, że właśnie gdzieś pod tymi studniami, pod stokiem, na którym było wielkie gospodarstwo rolne, znikały ciężarówki. Henryk S. o tej sprawie opowiadał bardzo niechętnie i podobno nigdy właściwie nie wyjaśnił, w jakich okolicznościach się uratował i przetrwał do końca wojny. Mówiono o nim, że żył bardzo biednie, ale równocześnie w Tarnowskiem postawił kilka domów. Podobno spadek z Ameryki.

Skąd wieje

Jedyna z obecnie dostępnych studni ma głębokość 16 metrów i jest zupełnie sucha. Ludzie TALPY, którzy ostatnio dokładnie penetrowali to miejsce twierdzą, że studnia jest w istocie głębsza. Zawalono ją bowiem skalnym gruzem na nieznaną głębokość, a jego usunięcie jest możliwe tylko po zastosowaniu mechanicznej wyciągarki. To jednak wymaga poważnych nakładów. Próba poruszenia kamieni rzuconych na dno studni, na bardzo zresztą ograniczonej przestrzeni dowodzi, że warstwa skalnego gruzu sięga na pewno kilku metrów. I nikt nie wie, co kryje się pod nią. Wiadomo tylko, że wyciągnięte stąd niegdyś motory były schowane właśnie pod kamieniami, na jej dnie. A zachowały się w dobrym stanie, bo jak twierdzi M. Bojko, na dnie studni jest lekki… przewiew. Doskonale zachowana kamienna cembrowina wyklucza, by wiało zza tych kamieni. Zaś zapalona zapałka potwierdza, że ciągnie gdzieś od spodu.

By sprawdzić, skąd wieje, potrzebny jest ciężki sprzęt, który pozwoli dotrzeć do prawdziwego dna studni. W tym celu należy usunąć wiele ton kamieni. Ile, tego nie wie nikt. A może jednak ktoś wie, skoro zadał sobie trud ukrycia pod kamieniami w ostatnim już chyba czasie, kilkunastu sztuk starej, zupełnie przerdzewiałej, niemieckiej broni. Takiego ukrycia, które gwarantowało, że każdy, kto będzie penetrował tę studnię, musi ten złom znaleźć. Czy to tylko pociecha dla poszukiwaczy? Czy może jakiś znak…

Jest kilka poważnych wzmianek o istnieniu w okolicy tej studni wielkich podziemi – starych kopalni, w latach wojennych przystosowanych do nowych zadań. Zdaniem tych, którzy schodzili do suchej studni, jest ona właśnie elementem podziemi, a nie miejscem, z którego kiedykolwiek czerpano wodę. Twierdzą oni, że to wręcz niemożliwe, by na tak znacznej głębokości, w studni leżącej u podstawy wielkiego, lekko namokniętego stoku, na naturalnym jej dnie nie zbierało się ani trochę wody. Skoro zaś jej tam nie ma, wyjaśnienia pozostają tylko dwa. Albo jest to miejsce o niezwykłych właściwościach geologicznych, albo ta studnia ma swoje dno znacznie niżej poziomu kamieni. A w dnie odpływ. Układ terenu jest wprost wymarzony do tego, by była ona kominem wentylacyjnym jakiegoś podziemnego systemu. Stąd pewność, ze na jej dnie „wieje”, ma ogromne znaczenie.

Okna od piwnicy (dawny folwark w Przeździedzy)

Nie taki „koniec świata”

Marczów i Przeździedza także dzisiaj leżą na uboczu głównych szlaków. Jest to niemały problem dla mieszkańców tych wsi, gdzie i o pracę trudno, i wszędzie daleko. Ale to właśnie położenie niemal na „końcu świata” miało pod koniec wojny swoje walory. Gwarantowało bezpieczeństwo ukryć. Dlatego ktoś zdecydował się w chłopskim domu, bez jakiegokolwiek zabezpieczenia, ukryć niezwykle cenną kolekcję motyli. Tę, którą przez wiele lat oglądali goście zwiedzający pałac Schaffgotschów w Cieplicach. W tej samej wsi, w 1947 roku KBW znalazło kolekcję obrazów, które odkryto w czasie poszukiwań prowadzonych za niemieckim Werwolfem. Mówiono wtedy, że niektóre z nich pochodziły z Wawelu. We wsi mówi się także o tajemniczych wizytach Niemców i równie tajemniczych wykopach, które pozostają po takich wizytach w okolicznych lasach.

Ta ziemia kryje ciągle jeszcze sporo tajemnic. Gdzieś tu właśnie jest „szczelina”, gdzieś tu zniknęły transporty, które widział Henryk S. Niektórzy poszukiwacze wręcz twierdzą, że studnia bez wody jest kominem wentylacyjnym właśnie „szczeliny”, a jedna z zasypanych studni wejściem do tego podobno ciągle bardzo bogatego podziemia…

Autor tekstu: Marek Chromicz

„NJ” nr 33, 17-23.08.1999 r., s. 12

One Response to Studnia bez wody

  1. zizi says:

    Artykuł dobry, ale po wydarzeniach na Przełęczy Kowarskiej, radziłbym jego autorowi oraz czytelnikom nie wierzyć w ani jedno słowo wypowiadane przez Mieczysława Bojko i jego współpracowników. Ich historyjki to nic inego jak mitologia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.