Kilka wspomnień o dawnej Przeździedzy

Spoglądając dziś na nieliczne domki w Przeździedzy aż trudno uwierzyć, że dawniej była to wieś uważana za bogatą, że ludzie chętnie się w niej osiedlali i prowadzili tu niemal sielankowe życie. A właśnie taki obraz wsi rysują ci, którzy pamiętają, jak Przeździedza wyglądała jeszcze wtedy, gdy dane im było w tej wsi się osiedlić. Żeby jednak móc rozpocząć tą krótką opowieść musimy się trochę cofnąć w czasie i zrozumieć, co się wtedy tak naprawdę działo na tych terenach.

Ziemie odzyskane

Ziemie odzyskane obejmują swym zasięgiem obszary dzisiejszego województwa warmińsko-mazurskiego, pomorskiego, zachodniopomorskiego, lubuskiego, opolskiego oraz dolnośląskiego. Przed II wojną światową były zamieszkiwane głównie przez ludność niemiecką, jednakże na skutek działań wojennych w roku 1944 i 1945 większość Niemców opuściła te tereny. Po zakończeniu wojny na konferencji poczdamskiej oddano tereny na wschód od Odry i Nysy Łużyckiej polskiej jurysdykcji. Niemcy, którzy pozostali na tych terenach, mieli zostać ewakuowani w głąb Niemiec, a na ich miejsce miała przyjść ludność polska.

Atlas Historyczny dla szkół średnich, PPWK im. E. Romera, Warszawa 2000

Na ziemiach odzyskanych, zwanymi również ziemiami północnymi i zachodnimi, Polacy rozpoczęli akcje osadniczą jeszcze przed podjęciem decyzji na konferencji w Poczdamie. Władze zachęcały do przesiedleń ludność z obszarów przeludnionych oraz tych, którzy wracali z niewoli z Niemiec. Na ziemiach odzyskanych osiedlić mogli się także Polacy i Żydzi z terenów włączonych do ZSRR jeśli udowodnili, że byli obywatelami II RP. Przybywali tu również żołnierze oraz cywile z krajów, gdzie były duże skupiska Polaków. Wszystko to przyczyniło się do tego, że polska ludność przybywając na te tereny zastawała w domach dotychczasowych właścicieli. Kończyło się to różnie – dokonywano wysiedleń na własną rękę albo przez jakiś okres czasu niemieckie i polskie rodziny zamieszkiwały razem pod jednym dachem.

Ciężkie początki

Problem przesiedleń dotyczył także ludności Przeździedzy, a tak właściwie Dippelsdorf’u, bo tak się ówcześnie nazywała ta wieś. Pierwsi deportowani tu Polacy byli zmuszeni zamieszkać razem z Niemcami, gdyż ci nie zdążyli się jeszcze wysiedlić. Starsi ludzie nie wspominają jednak tak źle tego okresu. Niemcy przyjęli ich stosunkowo życzliwie, nawiązały się nawet znajomości. Jak któryś Polak dobrze żył z niemiecką rodziną, to nawet dostawał „w spadku” dobytek, którego ta nie mogła ze sobą zabrać. Z pewnością nie był to dla nikogo łatwy okres, jednak ludzka życzliwość i zrozumienie pomagały przejść te ciężkie chwile.

Jak to jednak w życiu bywa, nie wszystko układało się tak różowo. Legendą już obrosła banda z Ostrzycy Proboszczowickiej, której przewodził „Czarny Janek”. On i jego kompani okradali ludzi ze wszystkiego, co tylko mieli cennego. Niemcy, którzy w wyniku akcji wysiedleńczej zmuszeni byli opuścić swoje domostwa, obładowani tym, co udało im się udźwignąć, według niektórych nie zdążali nawet minąć Marczowa, gdy padali ofiarami szabrowników. Polacy, którym zaprzyjaźnieni Niemcy coś zostawiali domach, również długo nie cieszyli się swoim nowym dobytkiem. W celu ochrony swoich domów ludzie skrzykiwali się, by nocami pilnować wsi.

Wspomnienia z dawnych lat

Niemcy zostawili nam bogatą, spokojną wieś, z pysznym pałacem oraz urokliwymi domami w kratę. Przepiękny park przypałacowy, w którym co jakiś czas pobrzmiewały koncerty, palmiarnię, szklarnie, w których uprawiano pomidory… Część mieszkańców pamięta msze, które odbywały się w kaplicy, którą urządzono w jednym z pomieszczeń w pałacu, część wspomina budynki, po których dziś nie ma już śladu. Ktoś potrafi wskazać dom, w którym funkcjonował zajazd, ktoś inny wie, gdzie mieszkał kapelan bądź w którym budynku działał browar. I to jest aż nieprawdopodobne, że to wszystko miało miejsce na tyle niedawno, by żyli ludzie, którzy to wszystko jeszcze pamiętają. I aż szkoda, że nie można się cofnąć w czasie, by móc na własne oczy zobaczyć, jak to kiedyś wyglądało.

Agatowa Przeździedza

W Przeździedzy, w nieczynnym już od wielu lat kamieniołomie, często można spotkać samochody na obcych rejestracjach. Ludzie z najróżniejszych zakątków Polski oraz Europy przemierzają wiele kilometrów, by w ciszy i spokoju spędzić dzień lub dwa na byłym wyrobisku. Brzozy nie porosły jeszcze wszystkich zboczy, niektóre osuwiska są jeszcze całkiem świeże. Czego ci ludzie szukają? Najprawdopodobniej… agatów.

Niepozorny kamień

Niedoświadczonym zbieraczom ciężko jest odróżnić agaty od zwykłych kamieni. Z wierzchu są one szare, chropowate i wcale nie przypominają tych kolorowych minerałów, które znamy z wystaw na Lecie Agatowym. Czasami nawet przełamany agat w zwykły, słoneczny dzień jest trudny do znalezienia, gdyż po prostu go nie widać. Trochę łatwiej jest po deszczu, gdy kamienie są mokre. Wtedy łatwiej dostrzec kolory i przy odrobinie szczęścia można znaleźć ten cenny kamień. Aby jednak móc cieszyć się pięknem naszego znaleziska nie wystarczy go znaleźć – należy jeszcze go oszlifować. Dopiero wtedy ze zwykłego kamienia rodzi się kolorowe cudo.

Unikat na skalę światową

Wyróżnić możemy wiele form agatów: centryczne, gwiaździste, owalne i wiele, wiele innych. W Przeździedzy występują jednak agaty wyjątkowe, których w innych zakątkach świata nie jest już tak łatwo znaleźć – agaty szczelinowe. Jak sama nazwa wskazuje tworzyły się one w szczelinach skalnych, skąd bierze się ich nietypowy kształt związany z wgłębieniami, w których akurat powstawały. Przybierają różne barwy: żółte, szare, różowe, brunatne. Skąd te kolory? Otóż powodują je wrostki innych minerałów, i tak np. za kolor czerwony odpowiedzialny jest hematyt, natomiast za kolor brunatny – getyt. Niestety, w naturze rzadko można spotkać agaty o nasyconych kolorach, jak np. czerwony czy niebieski. W celu ich uatrakcyjnienia często stosuje się więc sztuczne barwienie nurzając agaty w chemicznych roztworach bądź poddając je odpowiedniej obróbce termicznej. Agatów barwionych sztucznie gołym okiem nie da się odróżnić od tych, które wybarwiła natura. Jeśli więc chcemy mieć pewność, że agat jest całkowicie naturalny, najprościej… samemu go znaleźć.

Poszukiwacze agatów

Wbrew pozorom Przeździedza jest bardzo dobrze znana w wąskim gronie agatowych kolekcjonerów. Agaty znajdowane w naszej miejscowości często trafiają na wystawy, w Internecie na nie jednej stronie można podziwiać prywatne kolekcje z przepięknymi, podłużnymi minerałami. Może warto więc wybrać się kiedyś na spacer na kamieniołom i spróbować szczęścia w poszukiwaniu agatów? Zachęcam – taki „swój” agat jest zawsze najcenniejszy.

Bobry nad Bobrem

Rzeka Bóbr wbrew pozorom nie od bobrów wzięła swoją nazwę, jednakże od niedawna możemy się zastanawiać, czy aby taka nazwa nie jest ciekawym zbiegiem okoliczności… Otóż od paru miesięcy nad naszą rzeką, i to w obrębie wsi Przeździedza, można zaobserwować działalność bobrzej rodziny.

Bobrowe ślady

Któż z nas opowiadając o naszej rzece komuś znajomemu z dalszych okolic nie pokusił się o żart, że pełno tu u nas bobrów… Być może niedługo wcale to nie będzie żart. Spacerując nad brzegiem rzeki można bowiem zauważyć powalone drzewa, które są charakterystycznie obgryzione u podstawy. Zeskrobana kora, wygryzione gałązki, na ziemi pełno wiórów – któż inny zostawiłby po sobie takie znaki?

Wiosną, kiedy na drzewach i krzewach nie ma jeszcze liści, szczególnie łatwo można wypatrzyć bobrze ślady. Mimo jednak dokładnych oględzin rzeki wciąż nie widać żeremi, tak charakterystycznych dla tych zwierząt. Dlaczego? Być może swoje legowiska ulokowały gdzieś dalej, a być może rozwiązanie tej zagadki tkwi w ukształtowaniu koryta rzeki. Bobry bowiem wcale nie muszą budować żeremi. Ci słynni inżynierowie swoje nadziemne domy budują najczęściej na płaskich terenach, gdzie nad wodą nie ma skarp. Z tego powodu żeremia możemy spotkać na wschodzie kraju, gdzie tereny są typowo nizinne. Obserwując naszą rzekę można zauważyć, że brzeg rzeki momentami jest stosunkowo stromy, istnieją więc tu idealne warunki… do wykopania nory. Tak, bobry żyją również w norach. Wejście do takiego legowiska zwykle znajduje się pod wodą, co stanowi dla bobrów bardzo dobre zabezpieczenie. W dalszej części korytarz „unosi się” i rozszerza, tworząc suche i bezpieczne schronienie.

Bobrze śniadanie

Co je bóbr? Pytanie proste, aczkolwiek pewnie wielu z nas potrzebuje chwili namysłu, by odpowiedzieć na to pytanie. Otóż bobry są wegetarianami; gustują w roślinności wodnej, w przybrzeżnych trawach i ziołach, ale także w korze drzew, w ich liściach i gałązkach. Wśród powalonych drzew, które można zaobserwować w pobliżu kamieniołomów w Przeździedzy, widać ogromną wierzbę, całkowicie pozbawioną kory i gałązek. Bobry pewnie miały tu długą, niezapomnianą ucztę. Ponadto tuż obok okorowanej już wierzby stoi następna, poważnie nadgryziona u podstawy. Jest wielce prawdopodobne, ze bobry wrócą tu dokończyć swoje dzieło, ponieważ ścięcie takiego drzewa wcale nie jest łatwe. Zajmuje to bobrowi dobrych parę dni. Po powaleniu takiej wierzby zapewne dalej będą ucztować.

Nie taki bóbr zły

Z pojawienia się bobra z pewnością cieszyć się będą przyrodnicy i miłośnicy zwierząt, ponieważ bóbr jest gatunkiem rzadkim i podlega ochronie. Dla wielu jednak zwierzęta te stanowią kłopot i wcale ich pewnie nie ucieszy, gdy zauważą gdzieś ślady jego bytowania. Miejmy jednak nadzieję, że uda nam się zaprzyjaźnić z tym ciekawym stworzeniem, pozwólmy mu spokojnie żyć wśród nas i szukajmy – może kiedyś jakiś bóbr się zapomni i zbuduje żeremie, które będziemy mogli podziwiać…

Przeździedza… i Marczów

Przeździedza jest urokliwą, małą wsią, niegdyś działającą prężnie i rozwijającą się na tyle, na ile jej pozwalały uwarunkowania zarówno geograficzne, jak i społeczne. Dziś jednak Przeździedza niemal współistnieje z Marczowem i mimo swojej odrębnej władzy (Przeździedza wciąż ma swojego sołtysa) wciąż w wielu kwestiach jest zależna od swojego geograficznego sąsiada. Mieszkańcy tych obu miejscowości mimo dzielących ich różnic znają się na tyle dobrze, by zawsze wiedzieć, co u kogo ostatnio się wydarzyło. Owej bliskości sprzyjają dwa czynniki: niewielka odległość dzieląca obie wsie oraz konieczność częstego odwiedzania mieszkańców Przeździedzy marczowskich pieleszy.

Spacer do sklepu

Jedną z okoliczności zmuszających do owych odwiedzin jest konieczność dokonania zakupów. Chcąc zakupić podstawowe produkty spożywcze bez konieczności wyjazdu do najbliższego miasta należy zdecydować się na kilkunastominutowy spacer bądź na krótką rowerową wycieczkę (w niektórych przypadkach jest to wycieczka samochodowa) i wkroczyć w granice Marczowa. Niestety, Przeździedza swojego sklepu nie ma; mieszkańców jest tu wciąż zbyt mało, by jakikolwiek handlowiec zdecydował się założyć tu interes. Z pewnością jest to utrapienie dla wielu mieszkańców, w końcu jest to kawałek drogi. Z drugiej jednak strony dla wielu z nich jest to jedyna możliwość spotkania się ze znajomymi „pod parasolem” funkcjonującym w pobliżu sklepu. Zupełnie jak w znanym, polskim serialu…

Jak święcenie, to tylko w Przeździedzy

Przeździedzę z Marczowem łączy również kościół. Położony w wyższej części Marczowa kościół p.w. św. Katarzyny skupia co niedzielę wiernych z obu wsi. I znowu z powodu zbyt małej liczby mieszkańców w Przeździedzy nie ma ani kościoła, ani nawet małej kaplicy, w której można by odprawiać cotygodniowe msze. Jedyne miejsce, które raz w roku spełnia bądź co bądź religijną funkcję jest… przeździedzka krzyżówka. Pod ogromnym, drewnianym krzyżem w południowych godzinach Wielkiej Soboty corocznie spotykają się wierni wraz z koszyczkami pełnymi kolorowych jajek i baranków. Jest to jedyny dzień, kiedy sytuacja się odwraca i to mieszkańcy dolnego Marczowa przychodzą do Przeździedzy. Raz, że mają bliżej, dwa – dużo milej wiosną przejść się w ładną pogodę i poświęcić przygotowane pokarmy na świeżym powietrzu, niż w chłodniejszym, i mimo wszystko, ciemniejszym kościele.

Kolejowy „turbo-busik” z Marczowa

Marczów nad Przeździedzą ma jeszcze jedną, niezaprzeczalną przewagę. Przez Marczów biegnie linia kolejowa. Choć pociągi nie kursują tu zbyt często, są jednak jedynym środkiem lokomocji, który pozwala bezpośrednio dojechać do Jeleniej Góry i Legnicy. O pociągach do Lwówka Śląskiego nie wspominam, gdyż Przeździedza ma swój przystanek autobusowy, spod którego kilka autobusów do Lwówka kursuje. W każdym bądź razie mieszkańcy Przeździedzy chcąc udać się do miasta muszą wpierw udać się do Marczowa.

Zamiast szkoły – świetlica wiejska

Przeździedzę z Marczowem łączyła jeszcze kiedyś szkoła podstawowa. Niestety, kilkanaście lat temu została ona bezpowrotnie zamknięta i od tamtej pory mieszkańcy obu wsi dzieci od najmłodszych lat muszą posyłać do szkoły we Wleniu. Dzisiejszy budynek szkoły został sprzedany inwestorowi, a za uzyskane w ten sposób fundusze w zeszłym roku udało się postawić nowy budynek świetlicy. Och… cóż tam się teraz nie dzieje! Huczne Andrzejki, szampański Sylwester, zabawy karnawałowe – a wszystkie te imprezy mieszkańcy wspominają przez długi czas. W grudniu do świetlicy zawitał nawet Święty Mikołaj z prezentami, w tym roku w świetlicy ktoś planuje zorganizować przyjęcie z okazji chrzcin, ktoś inny z okazji Komunii Świętej… Być może niedługo ktoś świetlicę wynajmie na zabawę weselną. Zobaczymy. W każdym razie świetlica służy, i to mieszkańcom obu wsi. Być może i Przeździedza kiedyś wzbogaci się o jakąś salę, którą będzie można wykorzystać jako wiejską świetlicę?

Przeździedza się rozrasta?

Na mapie Marczów i Przeździedza wciąż widnieją jako osobne miejscowości. Jednakże Przeździedza niejako od Marczowa jest zależna – głównie ze względu na zbyt małą liczbę mieszkańców. Domków jest tu dużo mniej, w tych domkach coraz mniej mieszkańców… Niestety, młodzi ludzie często uciekają stąd za pracą, tutaj nie żyje się łatwo. Patrząc jednak na dwa nowe domki, które powstały, bądź dopiero powstają, na krańcu wsi, można zaryzykować stwierdzenie, że jednak ludzie zaczynają dostrzegać w Przeździedzy coś, co pozwala im podjąć decyzję, że właśnie tu chcą spędzić swoje życie. Może to to, że jest tu naprawdę cicho i spokojnie? Może zauroczyła ich przepiękna okolica? Tego nie wiem i zapewne nie wie nikt, oprócz właścicieli tych drewnianych chat. I może w tym miejscu warto się zastanowić, dlaczego ci z nas, którzy to czytają a są jednocześnie mieszkańcami tej miejscowości, postanowili osiedlić się tu na stałe? Z braku wyboru czy z dobrowolnej decyzji? Co nas skłoniło do pozostania w tym zapomnianym przez wszystkich miejscu? Mam nadzieję, że choć kilka odpowiedzi wskazywałoby na nieodparty urok Przeździedzy…

Przysłupowy kawałek Europy

UmgebindeLand, Kraina Domów Przysłupowych, czyli pogranicze Niemiec, Czech i Polski, może zostać wpisana na listę międzynarodowego dziedzictwa UNESCO. Dla polskiej strony to raczej kłopot, konieczność pielęgnowania spuścizny po Niemcach.

Na agonię dolnośląskich, poniemieckich domów Polak lubi patrzeć z wysokości plastikowego okna własnej willi z pustaka. Willa stoi tuż obok opuszczonej dwustu–trzystuletniej rudery z drewnianymi podcieniami i piętrem skrzyżowanych czarnych belek w pobielonych ścianach. Polacy mówią: pruski mur, czyli brzydka sprawa, dowód istnienia niemieckiego gospodarza. Niemcy zrobili wojnę, to wypędzono ich za karę, rozkazem Wielkiej Trójki obradującej w Poczdamie. Został mur. Nieładny, niepolski, brzydszy niż kryta strzechą chata. Niemcy lubili taką kratkę na ścianach. Nie chcieli stąd wyjeżdżać. Kowal ze wsi Przeździedza umarł, gdy kazali mu pakować graty. Teraz ponoć nocami chodzi po strychu, gada po niemiecku, straszy.

Maria Masztalerz ze wsi Bystrzyca po wojnie musiała opuścić rodzinne gospodarstwo w Trembowli (dziś Ukraina), w zamian dostała na Dolnym Śląsku dom z murem pruskim. I pierwsze, co zrobiła, to zatynkowała elewację.

Tylko po polskiej stronie istnieje problem nieidentyfikowania się mieszkańców z przysłupową architekturą – mówi Jeannette Gosteli, szefowa fundacji UmgebindeLand w Zittau (wschodnie Niemcy), chroniącej ok. 20 tys. domów na trójgranicy Niemiec, Czech i Polski. – Chcemy zintegrować się ponad starymi granicami i wprowadzić wszystkie przysłupowe domy na listę UNESCO, która działa jak magnes na turystów.

W 2003 r. UmgebindeLand, z pomocą Regionalmanagement Oberlausitz (Regionalne Kierownictwo Łużyc Górnych), zleciło drezdeńskiej agencji reklamowej Rost&Partner wymyślenie kampanii promocyjnej przysłupów. Trwa ona do dziś u Niemców i u Czechów, w Polsce jakoś nie wyszła. Emil Mendyk, koordynator projektu w Polsce, mówi: – Bez skutku wysyłałem oferty do Dolnośląskiego Urzędu Marszałkowskiego, do Wojewódzkiego Biura Urbanistycznego. W gminach spotykałem zdziwione twarze. Co, te budy mają wartość? Szkoda, bo oferowano nam gotowy pomysł na aktywizację regionu i miejsca pracy.

Po polskiej stronie naliczono ok. 400 przysłupów. Nie wiadomo, ile z nich już zburzono, ile oszpecono amatorską renowacją. Są jeszcze przysłupy nieodkryte spod warstwy tynku, czekające na lepsze czasy.

Murowany kawałek Europy

Dom przysłupowy występuje tylko na obszarze między Szwajcarią Saksońską (Sächsische Schweiz) a Karkonoszami (Liberec – Czechy, Dolny Śląsk – Polska). Przysłup powstał w wyniku zderzenia dwóch kulturowych żywiołów: w XII w., kiedy osadnicy z Europy Zachodniej, migrując w poszukiwaniu przestrzeni życiowej, wpadli na Słowian w domach z bali zadaszonych słomą. Nowi osadnicy wykorzystali słowiańską chatę jako bazę dla swojego domu. Chata stała się sercem budowli, wokół której wyrosły murowane: sień z wejściem pod kamiennym portalem, obok pomieszczenia dla trzody, dalej luksus – schody do kolejnych kondygnacji. Piętra mogły powstać dzięki wynalazkowi drewnianych pionowych słupów, które uniosły dodatkowy ciężar: nadbudowę wznoszoną metodą szachulcową.

Technika znana była od średniowiecza w całej Europie Zachodniej, dzisiaj podziwiana m.in. w domu Szekspira w Strat-tfordzie. Drewniany szkielet – szachulec – wypełniano gliną lub cegłą. Ten patent od początku nie spodobał się Słowianom. Dopiero dekret pruskiej administracji o ochronie drewna dla hutnictwa w połowie XVIII w. skłonił polskich gospodarzy z Dolnego Śląska do stawiania domów szachulcowych.

– Na naszym terenie tych domów jest najmniej – mówi Wojciech Kapałczyński z Delegatury Dolnośląskiego Oddziału Służby Ochrony Zabytków. – U nas nawet nie odróżnia się domu przysłupowego z drewnianą częścią parterową od tzw. szachulca, w którym parter jest murowany. Na obydwa typy mówi się niefachowo mur pruski i kojarzy tylko z Niemcem, też błędnie. Technikę szachulcową bowiem spotykamy w całej Europie, od Niemiec, przez Belgię po Anglię. Tam ludzie szaleją na punkcie stylowych wnętrz z odsłoniętym detalem architektonicznym – szachulcem. Dokładna liczba takich domów w Polsce wymaga wysiłku inwentaryzacji. – A wie pani, ile kosztuje zrobienie karty konserwatorskiej dla każdego obiektu? Tysiąc złotych. Takich funduszy nie mamy.

Niemieckie UmgebindeLand zaczęło od inwentaryzacji z aparatem fotograficznym domów opuszczonych, głównie przez Niemców wyjeżdżających za pracą na Zachód. Powstał internetowy katalog, 315 ofert sprzedaży. Czesi mają dwa razy więcej ofert, a ich strona internetowa Podstávkových Domů pozwala wchodzić do każdej izby i zwiedzać jak w wirtualnej grze. Dla Czechów przysłupy są tym, czym dla Polaków góralskie budownictwo Podhala.

Trudno bez tych domów wyobrazić sobie nasze Karkonosze – mówi Vít Příkaský z wydziału rozwoju gospodarczego i regionalnego gminy Liberec, wspierającej finansowo projekt UmgebindeLand. U Czechów największym problemem są niefachowe remonty, plastikowe okna zamiast oryginalnej, drewnianej stolarki. Zgodny ze sztuką konserwatorską remont kosztuje słono. Stąd z kolei u Niemców niska cena za sam dom, już od 5 tys. euro.

UmgebindeLand wynegocjowało umowę ze spółdzielczym bankiem Sparkasse Oberlausitz-Niderschlesien na niskooprocentowane kredyty na remont, do kwoty 100 tys. euro. Niemcom zwracany jest też podatek VAT od wydatków na remont zabytków. W Polsce nie ma ulg, banki nie dają kredytów na stare domy, chociaż każdy polski dom przysłupowy wymaga generalnego remontu; mimo to może kosztować 100–150 tys. zł. Drożej niż w Niemczech.

Poszukiwany rzemieślnik

Wszystkie niemieckie przysłupy są na liście zabytków. Naprawy trzeba konsultować, a remont wymaga ręki rzemieślnika-artysty. W gazetach „Schöner Wohnen” (Ładnie mieszkać) i „Grundbesitz” (Posiadłość) zaczęli reklamować się fachowcy z lamusa, od krycia dachu łupkiem, kładzenia kamiennej posadzki albo uzupełniania drewnianego szkieletu domu tradycyjnie wyrabianą gliną, do której poleca się dodać sieczkę i krowią sierść.

Niemcy chcą kształcić kadrę młodych rzemieślników (zapraszają Polaków) wprawnych w tradycyjnych technologiach. Rynek rośnie. Jest coraz więcej przysłupowych pensjonatów, organizuje się przysłupowe wakacje. W Bertsdorf, w zagrodzie przysłupowej, powstała gorzelnia owocowa, z wyrobów garncarskich utrzymuje się wzorcowo odnowiony dom w Großhennersdorf. Towarzystwo Agrarne Seifhennersdorf chce pozyskiwać energię z odrastającego surowca: okolicznych łąk.

Jest pomysł wytyczenia ścieżki rowerowej szlakiem domów przysłupowych przez trzy państwa. Po stronie niemieckiej i czeskiej turyści już zwiedzają UmgebindeLand jak Disney World, wozi się ich w retro wagonikach parowej ciuchci.

Powrót do tradycji to część kampanii medialnej UmgebindeLand. Cyklicznie publikuje się w prasie reportaże pod hasłem „Miłość od drugiego spojrzenia” o tych, co zamieszkali w przysłupach, a przy okazji poprawili sobie jakość życia. Cuda podobno czyni filozofia zwolnienia tempa: wspólne obiady, pieczenie domowego chleba, prowadzenie ogródka i spoglądanie na ścianę z kalendarzem świąt ludowych. Zamiast kafelkowej łazienki, odsłonięty wzór belek na ścianach, w centrum kuchni nie telewizor, tylko wielki piec kaflowy pamiętający czasy republiki weimarskiej.

Kupiłam już trzy domy przysłupowe – mówi Ulie Angel, eksjubilerka z Hamburga, dziś mieszkanka Groschönau. – W pierwszym wychowywałam dzieci i popełniałam pierwsze błędy remontowe. W drugim przeprowadziłam wzorcową renowację i wpadłam na pomysł, żeby w trzecim otworzyć restaurację i pokoje dla gości. Nie liczę na miliony, ale zrównoważone dochody. Ten przysłup kupiłam za grosze, ale zainwestowałam już 250 tys. euro i jestem w połowie remontu.

Dom Kołodzieja

A u nas to sport dla romantycznych oszołomów – mówi Elżbieta Lech-Gotthardt, z wykształcenia bibliotekarka, właścicielka restauracji Piwnica Staromiejska w Zgorzelcu. Elżbieta uparła się i uratowała 200-letni dom przysłupowy z Wigancic Żytawskich, wsi wyburzonej pod teren kopalni węgla KWB Turów. – Był 1996 r., mieszkańcy wsi zaczęli po raz pierwszy od końca wojny dbać o własne domy. Skalkulowali bowiem, że dostaną wtedy od kopalni większe odszkodowania. I cała wieś zrobiła się ładna, stało w niej ok. 50 przysłupowych domów, które miał rozjechać buldożer.

Kopalnia deklarowała: chętnym chałupy oddamy za darmo. Elżbieta podjęła decyzję o przeniesieniu dwupiętrowego przysłupowego domu z 1822 r., razem ze szpalerem rododendronów, na działkę w Zgorzelcu. Zaczęło się piekło papierkowej roboty. Sam demontaż domu trwał trzy dni, ale 5 lat zabrało uzyskanie pozwolenia na „budowę” przeniesionego zabytku. 3 lata – żebranina w Ministerstwie Kultury o dofinansowanie translokacji. Były podpisy architektów, konserwatora zabytków, apel burmistrza Gryfowa Śląskiego i petycja niemieckich Łużyczan z Budziszyna: „Ratujmy wspólne europejskie dziedzictwo”.

Zdałam sprawdzian cierpliwości i udało się, dostałam 200 tys. zł, starczyło na konserwację okiennej stolarki – mówi Elżbieta. – Cała translokacja kosztowała 500 tys. zł, które poza grantem pochodziło z kieszeni własnej. Nie żałuję, to pieniądze dobrze zainwestowane. Przysłup nazwaliśmy Domem Kołodzieja, na pamiątkę pokoleń niemieckich kołodziejów, którzy w nim mieszkali przed wojną. Teraz drzwi się tu nie zamykają, jest śląska restauracja, na piętrze będzie pensjonat.

W 2006 r. Dom Kołodzieja dostał nagrodę fundacji UmgebindeLand za wzorową rewitalizację. Uratowany zabytek zdobył sławę, ale po drugiej stronie Odry. Czytelnicy „Sächsische Zeitung” przyznali Elżbiecie Lech-Gotthardt tytuł najpopularniejszej Polki roku. W tym samym czasie w Zgorzelcu władze lokalne pytały przez lokalną gazetę: „Co stało się z przywłaszczonym zabytkiem, który zaginął w okolicznościach niewyjaśnionych?”.

Nikt nie zauważył zaginięcia reszty domów przysłupowych z Wigancic Żytawskich. Przed rozbiórką zostały one nawet zinwentaryzowane i powierzone kopalni na przechowanie pod wiatą. Ale z czasem ktoś potrzebował eternitu i wiata przepadła, zabytki wystawione na deszcz i śnieg szlag trafił. – Kiedyś były u nas składowane te obiekty zabytkowe – mówi Halina Grzesik z działu nieruchomości KWB Turów. – Teraz ich już nie ma, więcej wie nasz pan od zabytków, ale jest na chorobowym.

Szczęśliwy Niemiec

28 maja 2007 r., Zgorzelec, Dzień Otwarty Domów Przysłupowych (coroczna impreza udostępniania prywatnych domów dla zwiedzających, autokary kursują po trzech krajach). W Polsce Dni zorganizowała pani Elżbieta Lech-Gotthardt w porozumieniu z UmgebindeLand. Przed Domem Kołodzieja udekorowanym kwiatami siedzi rozanielony Niemiec, wnuk ostatniego kołodzieja z Wigancic Żytawskich (wówczas Weigsdorf).

Jestem szczęśliwy, że mój dom rodzinny ocalał – mówi Rudolf Posselt, emerytowany policjant. – Kiedy w 1947 r. nas przesiedlano, to ja trzy razy wracałem z powrotem. Raz wróciłem na cały rok, bo pozwolił mi polski gospodarz. Z panem Michałem pędziliśmy bimber, a ja w warsztacie pradziadka robiłem dla całej polskiej wsi koła do wozów. Aż władze kazały jechać do siebie, trafiłem do NRD.

Na Dni Otwarte Elżbieta zaprosiła też m.in. studentów Politechniki Wrocławskiej, Niemców z Görlitz i specjalnych gości – mieszkańców Wyszkowa, wsi w gminie Bogatynia, gdzie zachował się unikatowy, oryginalny układ urbanistyczny przysłupów, nietkniętych od stuleci, dziś przez właścicieli uznawanych za mało atrakcyjne zło konieczne.

Pomysł jest taki, żeby wyszkowianie pojechali na edukacyjną wycieczkę do Niemców i Czechów, żeby tam wybałuszyli oczy: jak pięknie można mieszkać w domach przysłupowych i nieźle na nich zarabiać.

W autokarze UmgebindeLand tuż obok grupy wyszkowian siedzą nawróceni na miłość do przysłupów państwo Juszczakowie ze Szklarskiej Poręby. Dwa lata temu pisali wniosek do konserwatora zabytków o zezwolenie na wyburzenie ich przysłupowego domu, narzekali, że tylko straszy brzydotą i zasłania widok na Śnieżkę.

Zaproszeni przez panią Elżbietę zobaczyliśmy odnowiony Dom Kołodzieja i momentalnie dostaliśmy z żoną świra na punkcie przysłupów – wspomina Jarosław Juszczak, właściciel pensjonatu U Prezesa. – Zaczęliśmy grzebać w książkach i papierach po babce. Okazało się, że nasz jest z 1738 r., należał do tzw. kolonii siedmiu domów berlińskich artystów i uczonych, wśród nich był noblista, pisarz Gerhart Hauptmann.

Juszczakowie chcą zabiegać o dofinansowanie remontu. W Polsce to droga przez mękę. Mimo że środki na renowację zabytków teoretycznie można pozyskiwać z Programu Inicjatywy Wspólnotowej Interreg III, zasilanego przez Ministerstwo Współpracy Regionalnej i UE. Z tego źródła czerpią garściami Czesi i Niemcy. Jest jeden warunek: trzeba wykazać udział środków własnych. Polskie prawo pozwala na udział w programie tylko fundacjom i stowarzyszeniom, a nie prywatnym właścicielom. Kolejny bubel: polskie stowarzyszenia mogą wydawać granty tylko na oświatę, czyli na broszurki, odczyty, a nie renowacje.

W sumie: ratowanie zabytków to w Polsce zajęcie dla bogatych. Przysłupowy pensjonat Niebieski Burak we wsi Łaziska pod Bolesławcem wygląda jak z bajki. Ale zainwestowali w niego kilka milionów złotych John i Barbara, imigranci z Wielkiej Brytanii.

Autor tekstu: Natalia Gańko

„Polityka” nr 31 (2615); 04.08.2007; s. 92-97