Przysłupowy kawałek Europy

UmgebindeLand, Kraina Domów Przysłupowych, czyli pogranicze Niemiec, Czech i Polski, może zostać wpisana na listę międzynarodowego dziedzictwa UNESCO. Dla polskiej strony to raczej kłopot, konieczność pielęgnowania spuścizny po Niemcach.

Na agonię dolnośląskich, poniemieckich domów Polak lubi patrzeć z wysokości plastikowego okna własnej willi z pustaka. Willa stoi tuż obok opuszczonej dwustu–trzystuletniej rudery z drewnianymi podcieniami i piętrem skrzyżowanych czarnych belek w pobielonych ścianach. Polacy mówią: pruski mur, czyli brzydka sprawa, dowód istnienia niemieckiego gospodarza. Niemcy zrobili wojnę, to wypędzono ich za karę, rozkazem Wielkiej Trójki obradującej w Poczdamie. Został mur. Nieładny, niepolski, brzydszy niż kryta strzechą chata. Niemcy lubili taką kratkę na ścianach. Nie chcieli stąd wyjeżdżać. Kowal ze wsi Przeździedza umarł, gdy kazali mu pakować graty. Teraz ponoć nocami chodzi po strychu, gada po niemiecku, straszy.

Maria Masztalerz ze wsi Bystrzyca po wojnie musiała opuścić rodzinne gospodarstwo w Trembowli (dziś Ukraina), w zamian dostała na Dolnym Śląsku dom z murem pruskim. I pierwsze, co zrobiła, to zatynkowała elewację.

Tylko po polskiej stronie istnieje problem nieidentyfikowania się mieszkańców z przysłupową architekturą – mówi Jeannette Gosteli, szefowa fundacji UmgebindeLand w Zittau (wschodnie Niemcy), chroniącej ok. 20 tys. domów na trójgranicy Niemiec, Czech i Polski. – Chcemy zintegrować się ponad starymi granicami i wprowadzić wszystkie przysłupowe domy na listę UNESCO, która działa jak magnes na turystów.

W 2003 r. UmgebindeLand, z pomocą Regionalmanagement Oberlausitz (Regionalne Kierownictwo Łużyc Górnych), zleciło drezdeńskiej agencji reklamowej Rost&Partner wymyślenie kampanii promocyjnej przysłupów. Trwa ona do dziś u Niemców i u Czechów, w Polsce jakoś nie wyszła. Emil Mendyk, koordynator projektu w Polsce, mówi: – Bez skutku wysyłałem oferty do Dolnośląskiego Urzędu Marszałkowskiego, do Wojewódzkiego Biura Urbanistycznego. W gminach spotykałem zdziwione twarze. Co, te budy mają wartość? Szkoda, bo oferowano nam gotowy pomysł na aktywizację regionu i miejsca pracy.

Po polskiej stronie naliczono ok. 400 przysłupów. Nie wiadomo, ile z nich już zburzono, ile oszpecono amatorską renowacją. Są jeszcze przysłupy nieodkryte spod warstwy tynku, czekające na lepsze czasy.

Murowany kawałek Europy

Dom przysłupowy występuje tylko na obszarze między Szwajcarią Saksońską (Sächsische Schweiz) a Karkonoszami (Liberec – Czechy, Dolny Śląsk – Polska). Przysłup powstał w wyniku zderzenia dwóch kulturowych żywiołów: w XII w., kiedy osadnicy z Europy Zachodniej, migrując w poszukiwaniu przestrzeni życiowej, wpadli na Słowian w domach z bali zadaszonych słomą. Nowi osadnicy wykorzystali słowiańską chatę jako bazę dla swojego domu. Chata stała się sercem budowli, wokół której wyrosły murowane: sień z wejściem pod kamiennym portalem, obok pomieszczenia dla trzody, dalej luksus – schody do kolejnych kondygnacji. Piętra mogły powstać dzięki wynalazkowi drewnianych pionowych słupów, które uniosły dodatkowy ciężar: nadbudowę wznoszoną metodą szachulcową.

Technika znana była od średniowiecza w całej Europie Zachodniej, dzisiaj podziwiana m.in. w domu Szekspira w Strat-tfordzie. Drewniany szkielet – szachulec – wypełniano gliną lub cegłą. Ten patent od początku nie spodobał się Słowianom. Dopiero dekret pruskiej administracji o ochronie drewna dla hutnictwa w połowie XVIII w. skłonił polskich gospodarzy z Dolnego Śląska do stawiania domów szachulcowych.

– Na naszym terenie tych domów jest najmniej – mówi Wojciech Kapałczyński z Delegatury Dolnośląskiego Oddziału Służby Ochrony Zabytków. – U nas nawet nie odróżnia się domu przysłupowego z drewnianą częścią parterową od tzw. szachulca, w którym parter jest murowany. Na obydwa typy mówi się niefachowo mur pruski i kojarzy tylko z Niemcem, też błędnie. Technikę szachulcową bowiem spotykamy w całej Europie, od Niemiec, przez Belgię po Anglię. Tam ludzie szaleją na punkcie stylowych wnętrz z odsłoniętym detalem architektonicznym – szachulcem. Dokładna liczba takich domów w Polsce wymaga wysiłku inwentaryzacji. – A wie pani, ile kosztuje zrobienie karty konserwatorskiej dla każdego obiektu? Tysiąc złotych. Takich funduszy nie mamy.

Niemieckie UmgebindeLand zaczęło od inwentaryzacji z aparatem fotograficznym domów opuszczonych, głównie przez Niemców wyjeżdżających za pracą na Zachód. Powstał internetowy katalog, 315 ofert sprzedaży. Czesi mają dwa razy więcej ofert, a ich strona internetowa Podstávkových Domů pozwala wchodzić do każdej izby i zwiedzać jak w wirtualnej grze. Dla Czechów przysłupy są tym, czym dla Polaków góralskie budownictwo Podhala.

Trudno bez tych domów wyobrazić sobie nasze Karkonosze – mówi Vít Příkaský z wydziału rozwoju gospodarczego i regionalnego gminy Liberec, wspierającej finansowo projekt UmgebindeLand. U Czechów największym problemem są niefachowe remonty, plastikowe okna zamiast oryginalnej, drewnianej stolarki. Zgodny ze sztuką konserwatorską remont kosztuje słono. Stąd z kolei u Niemców niska cena za sam dom, już od 5 tys. euro.

UmgebindeLand wynegocjowało umowę ze spółdzielczym bankiem Sparkasse Oberlausitz-Niderschlesien na niskooprocentowane kredyty na remont, do kwoty 100 tys. euro. Niemcom zwracany jest też podatek VAT od wydatków na remont zabytków. W Polsce nie ma ulg, banki nie dają kredytów na stare domy, chociaż każdy polski dom przysłupowy wymaga generalnego remontu; mimo to może kosztować 100–150 tys. zł. Drożej niż w Niemczech.

Poszukiwany rzemieślnik

Wszystkie niemieckie przysłupy są na liście zabytków. Naprawy trzeba konsultować, a remont wymaga ręki rzemieślnika-artysty. W gazetach „Schöner Wohnen” (Ładnie mieszkać) i „Grundbesitz” (Posiadłość) zaczęli reklamować się fachowcy z lamusa, od krycia dachu łupkiem, kładzenia kamiennej posadzki albo uzupełniania drewnianego szkieletu domu tradycyjnie wyrabianą gliną, do której poleca się dodać sieczkę i krowią sierść.

Niemcy chcą kształcić kadrę młodych rzemieślników (zapraszają Polaków) wprawnych w tradycyjnych technologiach. Rynek rośnie. Jest coraz więcej przysłupowych pensjonatów, organizuje się przysłupowe wakacje. W Bertsdorf, w zagrodzie przysłupowej, powstała gorzelnia owocowa, z wyrobów garncarskich utrzymuje się wzorcowo odnowiony dom w Großhennersdorf. Towarzystwo Agrarne Seifhennersdorf chce pozyskiwać energię z odrastającego surowca: okolicznych łąk.

Jest pomysł wytyczenia ścieżki rowerowej szlakiem domów przysłupowych przez trzy państwa. Po stronie niemieckiej i czeskiej turyści już zwiedzają UmgebindeLand jak Disney World, wozi się ich w retro wagonikach parowej ciuchci.

Powrót do tradycji to część kampanii medialnej UmgebindeLand. Cyklicznie publikuje się w prasie reportaże pod hasłem „Miłość od drugiego spojrzenia” o tych, co zamieszkali w przysłupach, a przy okazji poprawili sobie jakość życia. Cuda podobno czyni filozofia zwolnienia tempa: wspólne obiady, pieczenie domowego chleba, prowadzenie ogródka i spoglądanie na ścianę z kalendarzem świąt ludowych. Zamiast kafelkowej łazienki, odsłonięty wzór belek na ścianach, w centrum kuchni nie telewizor, tylko wielki piec kaflowy pamiętający czasy republiki weimarskiej.

Kupiłam już trzy domy przysłupowe – mówi Ulie Angel, eksjubilerka z Hamburga, dziś mieszkanka Groschönau. – W pierwszym wychowywałam dzieci i popełniałam pierwsze błędy remontowe. W drugim przeprowadziłam wzorcową renowację i wpadłam na pomysł, żeby w trzecim otworzyć restaurację i pokoje dla gości. Nie liczę na miliony, ale zrównoważone dochody. Ten przysłup kupiłam za grosze, ale zainwestowałam już 250 tys. euro i jestem w połowie remontu.

Dom Kołodzieja

A u nas to sport dla romantycznych oszołomów – mówi Elżbieta Lech-Gotthardt, z wykształcenia bibliotekarka, właścicielka restauracji Piwnica Staromiejska w Zgorzelcu. Elżbieta uparła się i uratowała 200-letni dom przysłupowy z Wigancic Żytawskich, wsi wyburzonej pod teren kopalni węgla KWB Turów. – Był 1996 r., mieszkańcy wsi zaczęli po raz pierwszy od końca wojny dbać o własne domy. Skalkulowali bowiem, że dostaną wtedy od kopalni większe odszkodowania. I cała wieś zrobiła się ładna, stało w niej ok. 50 przysłupowych domów, które miał rozjechać buldożer.

Kopalnia deklarowała: chętnym chałupy oddamy za darmo. Elżbieta podjęła decyzję o przeniesieniu dwupiętrowego przysłupowego domu z 1822 r., razem ze szpalerem rododendronów, na działkę w Zgorzelcu. Zaczęło się piekło papierkowej roboty. Sam demontaż domu trwał trzy dni, ale 5 lat zabrało uzyskanie pozwolenia na „budowę” przeniesionego zabytku. 3 lata – żebranina w Ministerstwie Kultury o dofinansowanie translokacji. Były podpisy architektów, konserwatora zabytków, apel burmistrza Gryfowa Śląskiego i petycja niemieckich Łużyczan z Budziszyna: „Ratujmy wspólne europejskie dziedzictwo”.

Zdałam sprawdzian cierpliwości i udało się, dostałam 200 tys. zł, starczyło na konserwację okiennej stolarki – mówi Elżbieta. – Cała translokacja kosztowała 500 tys. zł, które poza grantem pochodziło z kieszeni własnej. Nie żałuję, to pieniądze dobrze zainwestowane. Przysłup nazwaliśmy Domem Kołodzieja, na pamiątkę pokoleń niemieckich kołodziejów, którzy w nim mieszkali przed wojną. Teraz drzwi się tu nie zamykają, jest śląska restauracja, na piętrze będzie pensjonat.

W 2006 r. Dom Kołodzieja dostał nagrodę fundacji UmgebindeLand za wzorową rewitalizację. Uratowany zabytek zdobył sławę, ale po drugiej stronie Odry. Czytelnicy „Sächsische Zeitung” przyznali Elżbiecie Lech-Gotthardt tytuł najpopularniejszej Polki roku. W tym samym czasie w Zgorzelcu władze lokalne pytały przez lokalną gazetę: „Co stało się z przywłaszczonym zabytkiem, który zaginął w okolicznościach niewyjaśnionych?”.

Nikt nie zauważył zaginięcia reszty domów przysłupowych z Wigancic Żytawskich. Przed rozbiórką zostały one nawet zinwentaryzowane i powierzone kopalni na przechowanie pod wiatą. Ale z czasem ktoś potrzebował eternitu i wiata przepadła, zabytki wystawione na deszcz i śnieg szlag trafił. – Kiedyś były u nas składowane te obiekty zabytkowe – mówi Halina Grzesik z działu nieruchomości KWB Turów. – Teraz ich już nie ma, więcej wie nasz pan od zabytków, ale jest na chorobowym.

Szczęśliwy Niemiec

28 maja 2007 r., Zgorzelec, Dzień Otwarty Domów Przysłupowych (coroczna impreza udostępniania prywatnych domów dla zwiedzających, autokary kursują po trzech krajach). W Polsce Dni zorganizowała pani Elżbieta Lech-Gotthardt w porozumieniu z UmgebindeLand. Przed Domem Kołodzieja udekorowanym kwiatami siedzi rozanielony Niemiec, wnuk ostatniego kołodzieja z Wigancic Żytawskich (wówczas Weigsdorf).

Jestem szczęśliwy, że mój dom rodzinny ocalał – mówi Rudolf Posselt, emerytowany policjant. – Kiedy w 1947 r. nas przesiedlano, to ja trzy razy wracałem z powrotem. Raz wróciłem na cały rok, bo pozwolił mi polski gospodarz. Z panem Michałem pędziliśmy bimber, a ja w warsztacie pradziadka robiłem dla całej polskiej wsi koła do wozów. Aż władze kazały jechać do siebie, trafiłem do NRD.

Na Dni Otwarte Elżbieta zaprosiła też m.in. studentów Politechniki Wrocławskiej, Niemców z Görlitz i specjalnych gości – mieszkańców Wyszkowa, wsi w gminie Bogatynia, gdzie zachował się unikatowy, oryginalny układ urbanistyczny przysłupów, nietkniętych od stuleci, dziś przez właścicieli uznawanych za mało atrakcyjne zło konieczne.

Pomysł jest taki, żeby wyszkowianie pojechali na edukacyjną wycieczkę do Niemców i Czechów, żeby tam wybałuszyli oczy: jak pięknie można mieszkać w domach przysłupowych i nieźle na nich zarabiać.

W autokarze UmgebindeLand tuż obok grupy wyszkowian siedzą nawróceni na miłość do przysłupów państwo Juszczakowie ze Szklarskiej Poręby. Dwa lata temu pisali wniosek do konserwatora zabytków o zezwolenie na wyburzenie ich przysłupowego domu, narzekali, że tylko straszy brzydotą i zasłania widok na Śnieżkę.

Zaproszeni przez panią Elżbietę zobaczyliśmy odnowiony Dom Kołodzieja i momentalnie dostaliśmy z żoną świra na punkcie przysłupów – wspomina Jarosław Juszczak, właściciel pensjonatu U Prezesa. – Zaczęliśmy grzebać w książkach i papierach po babce. Okazało się, że nasz jest z 1738 r., należał do tzw. kolonii siedmiu domów berlińskich artystów i uczonych, wśród nich był noblista, pisarz Gerhart Hauptmann.

Juszczakowie chcą zabiegać o dofinansowanie remontu. W Polsce to droga przez mękę. Mimo że środki na renowację zabytków teoretycznie można pozyskiwać z Programu Inicjatywy Wspólnotowej Interreg III, zasilanego przez Ministerstwo Współpracy Regionalnej i UE. Z tego źródła czerpią garściami Czesi i Niemcy. Jest jeden warunek: trzeba wykazać udział środków własnych. Polskie prawo pozwala na udział w programie tylko fundacjom i stowarzyszeniom, a nie prywatnym właścicielom. Kolejny bubel: polskie stowarzyszenia mogą wydawać granty tylko na oświatę, czyli na broszurki, odczyty, a nie renowacje.

W sumie: ratowanie zabytków to w Polsce zajęcie dla bogatych. Przysłupowy pensjonat Niebieski Burak we wsi Łaziska pod Bolesławcem wygląda jak z bajki. Ale zainwestowali w niego kilka milionów złotych John i Barbara, imigranci z Wielkiej Brytanii.

Autor tekstu: Natalia Gańko

„Polityka” nr 31 (2615); 04.08.2007; s. 92-97

Dawno, dawno temu…

Diepeldesdorff, Dippelsdorff, Dippolsdorff, Dippelsdorf, Diepoldsdorf, Dippelsdorf, Klasztorna Wieś, a w końcu Przeździedza. Oto, jak na przełomie niemal ośmiu wieków zmieniały się nazwy niewielkiej wsi położonej u podnóża dwóch gór – Góry Folwarcznej (347 m n.p.m.) oraz Grodziny (372 m n.p.m.). Niegdyś wieś prężnie działająca, z okazałym dworem, własną szkołą, browarem, dwoma gorzelniami, młynem wodnym, garbarnią, a nawet z trzema gospodami. Tak, tak – w naszej Przeździedzy niegdyś zajść można było do gospody. Nic dziwnego, w porównaniu z 84 mieszkańcami, którzy obecnie mogą poszczycić się mianem Przeździedzan, w 1840 roku rodowitych mieszkańców ówczesnego Dippelsdorf było 4 krotnie więcej, bo aż 357. Było więc komu do owych gospód zachodzić. Któż jednak te dawne czasy pamięta…

Beginnig
But noone can tell when exactly Przeździedza came into being. However the first mention about the village appeared in 1371year. But it it isn’t obvious what was its earlier history. Some authors suppose those areas could belong to Liebenthals from Lubomierz. Jutta, widow after von Liebenthal, in 1278 year funded the monastery of benedictine nuns, which she had remunerated into areas on the right broad of Bóbr, near to Bełczyna and Przeździedza. Perhaps a monastery located the village. Anyway it is possible that the settlement turned up here because of the castellany from Wleń, because according to other studies Benedictine nuns from Lubomierz purchased the village not until 1512 year.

Without distinction of the way how village came into beeing, its geographical position negatively affected its development. Despite everything, people settled here, they had families here, they built houses – the village was slowly expanding. Even a monastic manor farm was made here, in which in XVII in. a manor house was erected. In 1765 year you could find here 4 peasants, 10 crofters, 31 cottagers and 11 craftsmen and only 6 free (!) people.

Golden age
Later history of this place is speeding up a little. In 1805 year village administrator, Bernhard,Scharffenberg gave 200 thalers on the building new school. Five years later a secularization of monastic goods took place and Przeździedza became a member of the foundation subordinated to the camera (in that time cameras were bodies of administrative-tax authorities) which next sold the village. In 1825 owner of Przeździedza was a retired cavalry captain – baron von Reichenbach. Przeździedza looked really impressively in that time. The village had 62 houses, in the centre of the village there was a beautiful manor house, it was also possible to find two manor farms, schools – for people of two differebt creeds and evangelical. Moreover there was also a brewery, watermill, mill for grinding the oaken bark and tannery. And that’s not all – to Przeździedza belonged also Piaskowiec with 7 houses and Skowronek in which the manor farm with the sheepfold.

In 1840 the owner of this wonderful place was still baron a von Reichenbach. At that time in Przeździedza 3 inns were made, and among inhabitants you could meet craftsmen and tradesmen. Anyway the majority of inhabitants made a living by the outwork weaving.

Probably in 1862 the village was bought by Herman Neuning (Reuning). In hands of his descendants Przeździedza satyed to 1945 year. In 1870 you could find here a quarry, well-known from appearing of amethysts and rocks (crystals) there.

Forgotten village
After 1945 a lot of people had been gone from here, so the number of inhabitants fell down for the half. In palace buildings was located PGR (a big farm which belonged to the country). Since then number of inhabitants in Przeździedza was decreasing, and the village plunged into specific hibernation. It has some advantages – the village preserved the primary spatial arrangement and the majority of buildings. Those buildings are characterized by a specyfic structure. A great age of these houses and their unique structure decided that most of them is in a list of vintage buildings. Inhabitants are starting appreciating these advantages and less and less often you can see those house bending down to the earth. Walking on the main road through Przeździedza it is worthwhile to take your attention into houses with black beams and try to move back in the time… And this place is so magic that even without closing your eyes moving back in time is unusually simple – because in this place forgotten by the civilization the time just simply slowed down for us.

Based on : Słownik geografii turystycznej Sudetów t. 7, Wrocław 2001

Studnia bez wody

Studnia bez wody

To miejsce jest ukryte wśród starych drzew i choć leży tylko kilkadziesiąt metrów od polnej drogi, dość trudno je znaleźć. Studnia leży u podstawy ruin, które w czasie wojny były siedzibą wielkiego gospodarstwa. Dziś w tym miejscu jest tylko sterta zarastającego samosiejką gruzu i piękne, stare piwnice. Te zresztą także zachowały się tylko w części, a to co przetrwało jest systematycznie niszczone.

To miejsce już od wielu lat przyciąga poszukiwaczy skarbów, szczególnie tych, którzy wiedzą, że gdzieś w okolicy, przed kilku laty, ktoś dotarł do wielkiego i bogatego schowka zwanego „szczeliną”. Tego, z którego wyciągnięto m.in. niezwykle cenne jaja Faberge’go. Zapewne dlatego ta okolica jest ciągle intensywne penetrowana, a mury piwnic dawnego domu mieszkalnego ciągle przekuwane na wylot w poszukiwaniu ukrytego przejścia.

Piwnice w jednym z budynków (dawny folwark w Przeździedzy)

Szczególną tajemnicę tego miejsca stanowią studnie, których na małym obszarze doliczono się aż czterech. Dwie z nich są bezpowrotnie zawalone skalnym gruzem w taki sposób, że ich odsłonięcie byłoby bardzo kosztowne. Do jednej, po usunięciu wielkich głazów, dałoby się chyba z pewnym trudem wejść. Zaś druga z nich jest ciągle otwarta i dobrze zachowana. Ukryta niegdyś tuż pod murem istniejącego tu domu, na całej długości zachowała kamienne obmurowanie, w doskonałym zresztą stanie. Kilka lat temu z tej właśnie studni wyciągnięto dwa niemieckie motocykle, rozłożone na części i w całkiem dobrym stanie. Nie ma w tym nic dziwnego, bo choć studnia ma obecnie ponad 16 metrów głębokości jest nie tylko zupełnie sucha, ale i w jakiś sposób przewietrzana…

Znikające dowództwo

Poszukiwacze „skarbów” stowarzyszeni w TALPIE i jej prezes, M. Bojko, o istnieniu studni bez dna w okolicach Przeździedzy słyszeli już dawno temu. M. Bojko przyznaje, że ustalenie dokładnej lokalizacji studni zajęło mu dłuższy czas. Informacje bowiem, które zdobył, były dość dokładne, tyle że wymagały przeszukania kilku stoków w okolicach Przeździedzy i Marczowa. Ale nie żałuje pozornie straconego czasu, bo dzięki rozmowom z wieloma ludźmi udało się zdobyć kilka ważnych informacji o tym, co się działo tu pod koniec wojny. Z historycznych bowiem danych wiadomo tylko, że ten teren był zajęty w zasadzie jedynie przez niemieckie wojska osłonowe i nie doszło tutaj do znaczących bitew. Mimo tego wojska, które zajmowało się nie całkiem militarnymi zadaniami, do końca wojny było tu sporo.

Gerhard Knabe, podoficer niemieckiego 52. Korpusu, po 1957 roku wielokrotnie przyjeżdżający w te okolice opowiadał, że na wschód od Marczowa, w górach, mieściło się niemieckie dowództwo. Jego uwagę już w zimie 1944 roku zwróciło to, że niektórzy oficerowie sztabu każdego niemal dnia znikali w lesie na wschód od Marczowa, a wracając niemal zawsze nadchodzili od strony Przeździedzy, z drugiej strony Bobru. Po kilku tygodniach pobytu w tej okolicy wiedział już, że teren ten jest jak kretowisko, w którym ludzie od kilkuset lat poszukiwali złota i minerałów. Łatwo więc domyślił się, że siedzibą sztabu musi być jakaś stara kopalnia.

Knabe wspominał, że kiedyś, przy piwie, zapytał jednak innego żołnierza, swojego kolegę, jak to się dzieje, że sztabowcy znikają w Marczowie, a wracają jakby z Przeździedzy. Najbardziej bowiem fascynowało go to, że oficerowie wracali zza Bobru, ale przecież nie szli tam przez most. Pamięta, że jego pytanie wywołało wręcz popłoch u kolegi podoficera, który często pełnił służbę gdzieś w Przeździedzy, właśnie po drugiej stronie Bobru. Knabe wtedy dowiedział się tylko tyle, że niektórzy oficerowie znikający w Marczowie, w Przeździedzy pojawiają się na stoku nad wsią, dosłownie spod ziemi. Wychodzą bowiem wprost… ze studni.

Knabe jeszcze w latach siedemdziesiątych opowiadał, że zanim odjechał w styczniu 1945 roku na front, jeden z żołnierzy powiedział mu, że gdzieś w okolicy, w wielkich podziemiach mieści się nie tylko sztab, ale i wielkie magazyny broni, amunicji i innego, wojennego sprzętu. Już po wojnie, w czasie jednego ze spotkań wojennych kolegów, dowiedział się także, że po jego wyjeździe na front, na stacji w Marczowie zaczęły nadchodzić silnie strzeżone, często pojedyncze wagony, których rozładunek był otoczony ścisłą tajemnicą. Co było w tych wagonach podobno nie wiedział nikt.

Knabe, który ostatni raz był w Marczowie i Przeździedzy w 1988 roku, nie ukrywał, że jego leśne spacery miały tylko jeden cel. Były próbą odtworzenia topografii tego terenu sprzed lat i znalezienia wejścia do sztabowych podziemi. Świadek, który rozmawiał z Knabem w 1988 roku twierdzi, że ten żadnego wejścia nigdy nie odnalazł. Podobno wspomniał jednak, że zlokalizował studnię bez wody, która pasowała do opowiadań o miejscu, w którym wychodzili oficerowie sztabu. Niemiec ten zapowiadał, że wróci i kiedyś do niej wejdzie. Jednak od ponad 11 lat nikt go już w Marczowie nie spotkał.

Wejście do studni (dawny folwark w Przeździedzy)

Wojenni kochankowie

Henryk S. pochodzi z Tarnowa. Na roboty do Niemiec został wywieziony jesienią 1943 roku. Trafił do pracy dość szczęśliwie, w dużym i zasobnym gospodarstwie rolnym w Marczowie. Jego bauer, choć oficjalnie był niezwykle srogi i wielokrotnie bił swoich niewolników, w istocie jednak nikomu nie uczynił krzywdy. Co więcej, gdy Henryk S. zaczął się jesienią 1944 roku spotykać z młodą dziewczyną, Niemką z sąsiedztwa, jedynie ostrzegał ich, że to się „kiedyś źle skończy”. Dziewczyna zaś twierdziła, że są bezpieczni, bo dobrze zna pewnego oficera SS, syna najbogatszego w tej okolicy Niemca, mieszkającego w Przeździedzy. Jej pewność siebie graniczyła wręcz z zuchwałością.

Henryk S. doskonale wiedział, co za wzajemną miłość grozi jemu i jego niemieckiej dziewczynie. Starał się być ostrożny. Ale nie miał wyjścia, tym związkiem rządziła dziewczyna. Była z tej wsi, znała ludzi.

Do nieszczęścia doszło wczesną wiosną 1945 roku. Pod koniec marca Niemcy zarządzili ewakuację wielu domów w Marczowie i kilkunastu rodzin z Przeździedzy, zmuszając mieszkańców do wyjazdu. Ci, którzy mieli w okolicy krewnych, mieli się wynieść do nich, a reszcie zagwarantowano mieszkanie w jednej z okolicznych szkół. Władze zapowiedziały, że o ich dalszym losie powiadomią wysiedlonych za kilka dni. Henryk S. o wysiedleniach dowiedział się od dziewczyny. Od niej także wiedział, że Rosjanie są już pod Wrocławiem. Postanowił zaczekać, licząc na to, że właśnie nadchodzi front i wyzwolenie. Wraz z nim w ogromnej, bauerskiej stodole, w schowku za magazynem zboża, postanowiła zostać także dziewczyna. Ukryci przetrwali noc. Rano, gdy okazało się, że wieś jest zupełnie pusta, a z okienka na poddaszu nie widać żadnych żołnierzy, dziewczyna postanowiła pójść do swojego domu po więcej ubrań i po zapasy żywności. Dla bezpieczeństwa miała iść sobie tylko znanymi opłotkami rodzinnej wsi. Strzały padły w kilka chwil po wyjściu dziewczyny. Henryk S. z okienka na poddaszu zobaczył, jak kilkaset metrów dalej dziewczyna leży na drodze, otoczona przez żołnierzy. Nie mógł zrobić dosłownie nic. Mógł liczyć jedynie na to, że zastrzelono ją zanim powiedziała, że nie była sama.

Transporty

Z okienka na poddaszu Henryk S. widział fragment stacji kolejowej w Marczowie i tory, na których co jakiś czas podstawiano nowe wagony. Świadek ów opowiada, że zauważył, iż na stacje podjeżdżają ciężarówki w eskorcie motocyklistów. To go zainteresowało i wyjaśniało zarazem powody ewakuacji wsi. Choć odległość od stacji była spora, zauważył, że z wagonów coś jest ładowane na ciężarówki, które pod eskortą wyjeżdżają w stronę Przeździedzy. Henryk S. opowiada, że zorientował się, iż ciężarówki znikają gdzieś w okolicy gospodarstwa należącego do ojca SS-mana , znajomego jego dziewczyny. Świadek twierdzi też, że właśnie wtedy skojarzył obecność tego człowieka w domu, z wyładunkiem i przewożeniem transportów.

Henryk S. zmarł kilka lat temu we Wrocławiu. Jak twierdził, po wojnie już nigdy nie był w tej okolicy, ale M. Bojko opowiada, że jednak doskonale pamięta topografię terenu i lokalizację aż trzech z czterech ustalonych dotychczas studni. Człowiek ów twierdził, że właśnie gdzieś pod tymi studniami, pod stokiem, na którym było wielkie gospodarstwo rolne, znikały ciężarówki. Henryk S. o tej sprawie opowiadał bardzo niechętnie i podobno nigdy właściwie nie wyjaśnił, w jakich okolicznościach się uratował i przetrwał do końca wojny. Mówiono o nim, że żył bardzo biednie, ale równocześnie w Tarnowskiem postawił kilka domów. Podobno spadek z Ameryki.

Skąd wieje

Jedyna z obecnie dostępnych studni ma głębokość 16 metrów i jest zupełnie sucha. Ludzie TALPY, którzy ostatnio dokładnie penetrowali to miejsce twierdzą, że studnia jest w istocie głębsza. Zawalono ją bowiem skalnym gruzem na nieznaną głębokość, a jego usunięcie jest możliwe tylko po zastosowaniu mechanicznej wyciągarki. To jednak wymaga poważnych nakładów. Próba poruszenia kamieni rzuconych na dno studni, na bardzo zresztą ograniczonej przestrzeni dowodzi, że warstwa skalnego gruzu sięga na pewno kilku metrów. I nikt nie wie, co kryje się pod nią. Wiadomo tylko, że wyciągnięte stąd niegdyś motory były schowane właśnie pod kamieniami, na jej dnie. A zachowały się w dobrym stanie, bo jak twierdzi M. Bojko, na dnie studni jest lekki… przewiew. Doskonale zachowana kamienna cembrowina wyklucza, by wiało zza tych kamieni. Zaś zapalona zapałka potwierdza, że ciągnie gdzieś od spodu.

By sprawdzić, skąd wieje, potrzebny jest ciężki sprzęt, który pozwoli dotrzeć do prawdziwego dna studni. W tym celu należy usunąć wiele ton kamieni. Ile, tego nie wie nikt. A może jednak ktoś wie, skoro zadał sobie trud ukrycia pod kamieniami w ostatnim już chyba czasie, kilkunastu sztuk starej, zupełnie przerdzewiałej, niemieckiej broni. Takiego ukrycia, które gwarantowało, że każdy, kto będzie penetrował tę studnię, musi ten złom znaleźć. Czy to tylko pociecha dla poszukiwaczy? Czy może jakiś znak…

Jest kilka poważnych wzmianek o istnieniu w okolicy tej studni wielkich podziemi – starych kopalni, w latach wojennych przystosowanych do nowych zadań. Zdaniem tych, którzy schodzili do suchej studni, jest ona właśnie elementem podziemi, a nie miejscem, z którego kiedykolwiek czerpano wodę. Twierdzą oni, że to wręcz niemożliwe, by na tak znacznej głębokości, w studni leżącej u podstawy wielkiego, lekko namokniętego stoku, na naturalnym jej dnie nie zbierało się ani trochę wody. Skoro zaś jej tam nie ma, wyjaśnienia pozostają tylko dwa. Albo jest to miejsce o niezwykłych właściwościach geologicznych, albo ta studnia ma swoje dno znacznie niżej poziomu kamieni. A w dnie odpływ. Układ terenu jest wprost wymarzony do tego, by była ona kominem wentylacyjnym jakiegoś podziemnego systemu. Stąd pewność, ze na jej dnie „wieje”, ma ogromne znaczenie.

Okna od piwnicy (dawny folwark w Przeździedzy)

Nie taki „koniec świata”

Marczów i Przeździedza także dzisiaj leżą na uboczu głównych szlaków. Jest to niemały problem dla mieszkańców tych wsi, gdzie i o pracę trudno, i wszędzie daleko. Ale to właśnie położenie niemal na „końcu świata” miało pod koniec wojny swoje walory. Gwarantowało bezpieczeństwo ukryć. Dlatego ktoś zdecydował się w chłopskim domu, bez jakiegokolwiek zabezpieczenia, ukryć niezwykle cenną kolekcję motyli. Tę, którą przez wiele lat oglądali goście zwiedzający pałac Schaffgotschów w Cieplicach. W tej samej wsi, w 1947 roku KBW znalazło kolekcję obrazów, które odkryto w czasie poszukiwań prowadzonych za niemieckim Werwolfem. Mówiono wtedy, że niektóre z nich pochodziły z Wawelu. We wsi mówi się także o tajemniczych wizytach Niemców i równie tajemniczych wykopach, które pozostają po takich wizytach w okolicznych lasach.

Ta ziemia kryje ciągle jeszcze sporo tajemnic. Gdzieś tu właśnie jest „szczelina”, gdzieś tu zniknęły transporty, które widział Henryk S. Niektórzy poszukiwacze wręcz twierdzą, że studnia bez wody jest kominem wentylacyjnym właśnie „szczeliny”, a jedna z zasypanych studni wejściem do tego podobno ciągle bardzo bogatego podziemia…

Autor tekstu: Marek Chromicz

„NJ” nr 33, 17-23.08.1999 r., s. 12

Witamy w Przeździedzy!

Zdecydowałeś się właśnie odwiedzić małą, spokojną wieś położoną na Pogórzu Kaczawskim w Sudetach. Leży ona w malowniczej dolinie rzeki Bóbr w granicach Parku Krajobrazowego Doliny Bobru oraz na obszarze ochrony siedlisk NATURA 2000. O walorach przyrodniczych tych terenów mówić można długo, zwiedzać okoliczne zamki i pałace można jeszcze dłużej… Zatrzymajmy się jednak choć chwilę w tej małej wsi, która z pewnością dostarczy nam wielu wrażeń.